Dlaczego ciągle rozwiązuję problemy innych?

Przed jej biurkiem stoi kolejka. Ktoś nie wie, co zrobić z dokumentem, ktoś inny pomylił się w tabelce i woli zapytać, niż sprawdzić. Nikt nie szuka rozwiązania sam, bo wszyscy wiedzą jedno: Agnieszka wie i Agnieszka to zrobi. Wieczorem biuro pustoszeje, a ona zostaje i po nocach poprawia cudze błędy. W weekend też. W głowie ma zdanie, które zna na pamięć: „Dobra, ja później. Ja zdążę”. Tylko że to „później” nie przychodzi. Ani dla jej snu, ani dla jej zdrowia, ani dla czasu z własnymi dziećmi. „Ciągle rozwiązuję problemy innych, a moje czekają”, mogłaby powiedzieć Agnieszka.

Jeśli znasz to „ja później”, ten tekst jest o Tobie.

Rozwiązujesz problemy innych, bo pomaganie daje Ci na chwilę to,
czego boisz się nie dostać: poczucie, że jesteś potrzebna, akceptowana i zasługujesz na swoje miejsce.
W mojej pracy nazywam to biznesem przetrwania.
Różnica między pomocą a ratowaniem nie leży w tym, co robisz,
tylko w tym, dlaczego to robisz i ile Cię to kosztuje.

Dlaczego rozwiązuję problemy innych zamiast swoich?

Z zewnątrz wygląda to jak kompetencja i dobre serce. Jednak pod tym z reguły jest lęk. Lęk przed krytyką, przed oceną, przed tym, że jeśli nie ogarniesz, to ktoś pomyśli, że jesteś niewystarczająca. Do tego potrzeba kontroli: skoro zrobię to sama, to przynajmniej wiem, że będzie dobrze.

W mojej pracy widzę, że pod tym prawie z reguły leży jedno przekonanie: muszę udowodnić, że zasługuję. Na akceptację, na miłość, na sukces. Pomoc staje się walutą.

Jeśli rozpoznajesz u siebie to „muszę zasłużyć”, przeczytaj też wpis Jak docenić siebie?

Biznesem przetrwania nazywam układ, w którym pomagasz nie dlatego, że masz na to czas i chęć, tylko dlatego, że pomaganie kupuje Ci poczucie bezpieczeństwa: że jesteś ważna, potrzebna i nikt Cię nie skrytykuje. Płacisz czasem, snem i zdrowiem, a w zamian dostajesz chwilową pewność, że nikt Cię nie odrzuci. Problem w tym, że ten rachunek nigdy się nie zamyka. Każda kolejna prośba otwiera nowy.

Jak odróżnić zdrową pomoc od ratowania?

Na sesjach sprawdzam cztery rzeczy. Żadna z nich nie dotyczy tego, ile pomagasz. Wszystkie dotyczą tego, jak.

1. Jak mówisz o osobie, której pomagasz. Kiedy ratujesz, druga osoba w Twojej opowieści jest bezradna: „on sobie beze mnie nie poradzi”, „muszę ją uratować przed nią samą”. Kiedy pomagasz, widzisz dorosłego człowieka, który jest w trudnym momencie, ale nadal ma wpływ na swoje życie i odpowiada za swoje decyzje.

2. Czy była prośba. Ratowanie często wchodzi bez zaproszenia: z gotowym rozwiązaniem, dobrą radą, diagnozą. Zdrowa pomoc pojawia się wtedy, gdy ktoś wyraźnie o nią poprosi i powie, jakiego wsparcia potrzebuje. Co ważne, nawet gdy ktoś prosi, możesz ratować. Osoby, stojące przed biurkiem Agnieszki, prosiły o pomoc. Ale to Agnieszka brała na siebie odpowiedzialność, która do niej nie należała.

3. Co czujesz w ciele. Przy ratowaniu czuć przymus: pośpiech, ścisk, ciężar na barkach i często strach, że jeśli odmówisz, wyjdziesz na złą osobę. Zdrowa pomoc płynie ze spokoju i wolnego wyboru. Pomagasz, bo chcesz i masz na to realne siły.

Ten sam przymus w ciele często pojawia się w związku. Piszę o tym we wpisie Traktujesz partnera jak dziecko? Dlaczego wciąż go ratujesz.

4. Co się dzieje, gdy nie ma efektu albo wdzięczności. To najpewniejszy test. Jeśli ktoś nie skorzysta z Twojej rady albo nie podziękuje, a w Tobie od razu rośnie złość, żal i poczucie wykorzystania („ja się dla niego tak poświęcam, a on tego nie docenia!”). Tak działa biznes przetrwania. W psychologii opisuje to trójkąt dramatyczny Stephena Karpmana. Ratownik bardzo łatwo przechodzi w rolę ofiary albo oskarżyciela. Przy zdrowej pomocy Twoje samopoczucie nie zależy od wyniku. Ktoś nie skorzystał? Trudno. Odpuszczasz bez urazy.

Rozwiązuję problemy innych. Ile mnie to kosztuje?

Najpierw koszt widać w kalendarzu. To wszystkie nadgodziny, weekendy bez odpoczynku, swoje potrzeby przesuwane na „kiedyś”. Potem ciało alarmuje zmęczenie, które nie mija po urlopie. Widać to również w relacjach. I to jest koszt, o którym mówi się najrzadziej.

Kiedy wyręczasz dorosłych ludzi, odbierasz im odpowiedzialność za ich błędy i decyzje. Oni nie uczą się radzić sobie sami, bo nie muszą. Ty coraz bardziej się złościsz, że nikt poza Tobą niczego nie ogarnia. Oni przyzwyczajają się, że zawsze ktoś posprząta. Koło się zamyka, a Ty zostajesz z poczuciem, że wszyscy korzystają, a Ciebie nikt nie widzi.

W domu ten układ często wygląda tak, że zarządzasz wszystkim za partnera. Opisuję to we wpisie Dlaczego czuję się jak matka partnera?

Czy przestać ratować to znaczy być egoistką?

To pytanie słyszę najczęściej. Razem z dwoma innymi: „czy będę jeszcze komuś potrzebna?” i „czy ludzie mnie wtedy zaakceptują?”.

Nie przestajesz pomagać. Przestajesz płacić pomocą za prawo do bycia akceptowaną. To ogromna różnica. Kiedy nie poprawiasz za kogoś jego pracy, nie odbierasz mu wsparcia, tylko traktujesz go jak dorosłego, który potrafi. Egoizmem byłoby odwrócić się plecami. Oddanie komuś jego własnej odpowiedzialności to szacunek.

A czy będziesz potrzebna? Tak. Tylko inaczej. Nie jako osoba, która wszystko za wszystkich zrobi, ale jako ktoś, kto ma wreszcie siłę na to, co naprawdę ważne. Także na siebie.

Jeśli trudno Ci w ogóle zauważyć, czego Ty potrzebujesz, zajrzyj do wpisu Dlaczego tak dobrze rozumiesz innych, a tak trudno Ci usłyszeć siebie?

Co możesz zrobić, kiedy następnym razem ruszysz na ratunek?

Zanim weźmiesz cudzą sprawę, zatrzymaj się i zadaj sobie jedno pytanie:

Czy mam czas, siłę i chęć pomóc tej osobie, czy próbuję zmienić jej sytuację, żeby przestać czuć napięcie?

Jeśli uczciwa odpowiedź brzmi „chcę przestać czuć napięcie”, to znak, że działa przymus. Ratowanie bardzo często jest kompulsją, co oznacza, że Twój system zna tylko jedną wyuczoną reakcję – rzucić się i naprawić. Stąd poczucie uwięzienia. Niby wybierasz, a tak naprawdę wyboru nie masz.

Jeśli łapiesz się na myśli „znowu rozwiązuję problemy innych, a swoje odkładam”, to właśnie ten moment, w którym warto się zatrzymać.

Wolność zaczyna się tam, gdzie zamiast jednej reakcji masz co najmniej trzy. Na przykład:

  • zrobić pauzę i nie reagować od razu,
  • zapytać drugą osobę, czy w ogóle chce i potrzebuje Twojej pomocy,
  • zostać obok w spokoju, bez przejmowania odpowiedzialności za jej emocje.

Nie musisz od razu wiedzieć, która opcja jest najlepsza. Wystarczy, że zobaczysz, że jest więcej niż jedna droga.

Jedno pytanie nie rozpuści wzorca, który budowałaś latami. Ale daje Ci sekundę przerwy między impulsem a działaniem. A w tej sekundzie pojawia się wybór.

Przykład. Jak Agnieszka oddała dorosłym ich odpowiedzialność

Przed. Agnieszka prowadziła własną firmę i pracowała po 15–19 godzin na dobę, często także w weekendy. Kiedy pracownik popełnił błąd, nie prosiła go o poprawkę. Zostawała po nocach i poprawiała sama. Siebie spychała na dalszy plan: „Dobra, ja później”.

Moment zmiany. W naszej wspólnej pracy zobaczyła, że swoim matkowaniem odbiera dorosłym ludziom odpowiedzialność za ich własne błędy. I że bierze wszystko na siebie z lęku przed krytyką i oceną, a nie dlatego, że inaczej się nie da.

Po. Przestała poprawiać cudze błędy nocami i pracować w weekendy. Zaczęła otwarcie mówić zespołowi, czego oczekuje. Kiedy pracownik popełnił błędy w dokumentacji, poprosiła, żeby sam poprawił całą dokumentację z roku. Kiedy ktoś prosi ją o pomoc, podsuwa rozwiązanie albo namiar: „załatw sobie”. Pracownicy zaczęli brać odpowiedzialność za swoje stanowiska, a w pracy zrobiło się spokojniej. Agnieszka, jak sama mówi, od miesięcy przesypia całe noce.

Rozwiązuję problemy innych. Pytania, które często słyszę

Czy chęć pomagania innym to coś złego? Nie. Pomaganie jest piękne, kiedy wynika z wyboru. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie potrafisz nie pomóc. Kiedy odmowa wywołuje w Tobie lęk, poczucie winy albo przekonanie, że wyjdziesz na złą osobę. Wtedy to już nie jest wybór, tylko przymus. Warto sprawdzić, czy pomagasz, bo chcesz, czy dlatego, że boisz się, co się stanie, jeśli przestaniesz. A jeśli czujesz, że „rozwiązuję problemy innych” to zdanie, które opisuje całe Twoje życie, to znak, że pomaganie przestało być wyborem.

Dlaczego po pomaganiu czuję złość zamiast satysfakcji? Bo często pomagasz „na kredyt”. Pod spodem liczysz, że pomoc zostanie zauważona, doceniona, odwzajemniona. Kiedy tak się nie dzieje, pojawia się żal i poczucie wykorzystania. W mojej pracy to jeden z najczytelniejszych sygnałów, że działał biznes przetrwania, czyli pomoc miała coś kupić, a transakcja się nie udała.

Co, jeśli ktoś naprawdę sobie beze mnie nie poradzi? Zadaj sobie pytanie, czy mówisz o dorosłej osobie. Jeśli tak, to najczęściej poradzi sobie inaczej niż Ty byś to zrobiła, wolniej albo z błędami. To nie to samo co „nie poradzi sobie”. Czasem ktoś potrzebuje zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji, żeby cokolwiek zmienić. Twoje ratowanie może mu to odbierać.

Jak odmówić, żeby nie wyjść na egoistkę? Nie musisz od razu odmawiać wszystkiego. Zacznij od zmiany formy, np. zamiast robić za kogoś, pokaż kierunek, podsuń kontakt, zapytaj, czego ta osoba potrzebuje. Oddajesz jej sprawczość, a nie odwracasz się od niej. Poczucie, że jesteś egoistką, na początku może się pojawić. To nie znaczy, że nią jesteś, tylko że robisz coś nowego.

Jeśli czytając to, widzisz siebie na końcu kolejki cudzych spraw, ze swoim „ja później”, sprawdź, ile z tych sytuacji znasz. Test Etatowej Ratowniczki pokaże Ci, gdzie najczęściej bierzesz na siebie cudzą odpowiedzialność i ile Cię to kosztuje.

Jeśli chcesz poznać historię Agnieszki, to zapraszam Cię do posłuchania nagrania:

Podziel się swoją opinią
Monika Grobelna
Monika Grobelna

Monika Grobelna - była żołnierka Marynarki Wojennej, dziś coachka inteligencji emocjonalnej. Ponad 3500 sesji i 15 lat doświadczenia. Uczę kobiety, jak odpuścić ratowanie wszystkich dookoła, robiąc więcej przestrzeni i czasu na siebie samą.

Artykuły: 74